READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Był cichy, spokojny niedzielny poranek. Chłopiec stał przy oknie i patrzył, jak jego kot załatwia swoje sprawy na podwórzu. Czarnobiały zwierzak wspiął się na drzewo, zaraz z niego zszedł, po czym z wielką powagą obsikał pobliskie krzaki i ruszył niespiesznie w stronę starej studni.
Chłopiec nachylił się bliżej. Puszek wskoczył na kamienny rant studni.
O nie. Tylko nie tam, pomyślał chłopiec.
Kot obszedł krawędź dwa razy, zajrzał w głąb, jakby wsłuchiwał się w coś, czego żadne ludzkie ucho nie potrafiłoby usłyszeć, i — bez chwili wahania — wskoczył do środka.
Chłopiec krzyknął.
— Puszek!
Wybiegł z domu, serce waliło mu w piersi. Dopadł do studni i spojrzał w dół. Nic. Tylko ciemność.
Nie zastanawiał się.
Skoczył w dół za swoim ukochanym przyjacielem.

Chłopiec spadał już od kilku minut, choć miał wrażenie, że minęły wieki. Ściany studni zlały się w jeden cień, aż nagle — w dole — zamigotało blade światło. Gdy się do niego zbliżał, zobaczył chmury leniwie płynące na pasie błękitnego nieba. Zamrugał. To, co zaczęło się jako spadanie w dół, teraz było bez wątpienia spadaniem w górę.
Światło rozszerzało się, powietrze robiło się cieplejsze, i wtedy usłyszał burkliwe pomruki — ktoś brzmiał tak, jakby było mu straszliwie niewygodnie. Spadanie zwolniło, zwolniło jeszcze bardziej, aż w końcu całkiem się zatrzymało — na tyle blisko, by chłopiec mógł wyciągnąć rękę, złapać się krawędzi i wspiąć się na zewnątrz.
Na skraju pola widzenia zamigotał błysk niemożliwych barw, ale zanim chłopiec zdążył przyjrzeć się temu dziwnemu światu, niezadowolony głos warknął:
— No wreszcie! Zajęło ci to wystarczająco długo. Ludzie przybywają tu tacy ciężcy od oczekiwań… i zbyt pewni własnych wniosków!
Chłopiec odwrócił się gwałtownie, lecz polana była pusta. Dopiero po chwili zauważył, że studnia za jego plecami zadrżała, jakby dopasowywała swoje kamienie po długim, niewygodnym rozciąganiu.
— Czy to możliwe…? — wyszeptał.
— Tak, „to możliwe” — odpowiedziała studnia kpiąco. — Jak na podobno sprytny gatunek, zaskakująco długo zajmuje wam zauważenie oczywistości.
Chłopiec spłonął rumieńcem. Bardzo chciał zapytać, jak to możliwe, że studnia mówi, ale coś mu podpowiadało, że zasłużyłby na kolejną reprymendę.
— Czy mogłabyś mi powiedzieć, gdzie jestem? — zapytał ostrożnie.
— Widzisz? Oj, długo ci to zajmuje — westchnęła studnia. — Jesteś tutaj, oczywiście. A niby gdzie miałbyś byc?
Podziękował — głównie z przyzwyczajenia — i uznał, że dalsze pytania nie byłyby rozsądne. Nigdy wcześniej nie spotkał mówiącej studni, a już na pewno nie takiej z charakterem.
Ruszył, by odejść, ale nagle znieruchomiał. Powód, dla którego wskoczył do studni, wrócił do niego jak fala. Zrobił krok wstecz i zebrał się na odwagę.
— Przepraszam… czy dotarł tu przede mną czarnobiały kot?
— Och, koty — powiedziała studnia z zaskakującą czułością. — One zawsze prześlizgują się przeze mnie z taką gracją. Tak, kot tu był. Ale nie nazwałabym go czarnobiałym. Wyglądał na pełnego barw.
Chłopiec nie wiedział, co to znaczy — i postanowił nie pytać. Skinął tylko głową, podziękował raz jeszcze i ruszył szukać swojego być-może-nie-tak-do-końca-czarnobiałego futrzastego przyjaciela.

Pierwszy szok po spadaniu w górę i po rozmowie ze studnią zaczynał mijać, a chłopiec wreszcie naprawdę rozejrzał się dookoła. Cały świat mienił się niezliczonymi kolorami. Nic nie wydawało się całkiem stałe; wszystko miało w sobie dziwną płynność, jakby sama forma nie mogła się zdecydować.
Oprócz barw pojawiły się zapachy i dźwięki. Powietrze pachniało zdumiewająco świeżo, z delikatną nutą kwiatów i ciepłym, piżmowym aromatem wilgotnej ziemi. Zapachy były niemal namacalne, tak jakby mógł je zebrać w dłonie.
Nagle usłyszał szept — bardzo cichy — jakby dochodził spod niego. Spojrzał w dół i zobaczył trawę falującą wokół jego stóp. Przykucnął bliżej.
— O tak, tak, stąpa dosyć ciężko. Ale spokojnie — my zawsze się podnosimy — zaszemrały źdźbła.
Zamarł. Trawa rozmawiała. O nim.
Zalała go fala poczucia winy. Wyprostował się natychmiast, jakby sama postawa mogła uczynić go lżejszym, i zaczął stawiać kroki z przesadną ostrożnością.
Zaczynał rozumieć, że w tym świecie wszystko ma własną żywotność. To było fascynujące — ale i trochę przerażające. Każdy krok, każde słowo mogło kogoś urazić.
Podszedł do małego krzaku głogu i odezwał się bardzo ostrożnie:
— Przepraszam… szukam mojego czarno… — urwał i poprawił się szybko. — Mojego kolorowego kota. Czy może tędy przechodził?
Głos głogu był miękki, niemal matczyny.
— Witaj, maleńki. Jesteś tu nowy, prawda? Och… wyglądasz na zagubionego. Na pewno to kota szukasz? Mam nadzieję, że najpierw odnajdziesz siebie.
Chłopiec zamrugał, niepewny, czy to miało być dosłowne.
— Kot tędy przechodził — ciągnął głóg. — Tak, tak. Poszedł w tamtą stronę.
Jedna z gałęzi powoli wyciągnęła się w lewo.
Chłopiec, nieco zdezorientowany, ale wdzięczny, podziękował i ruszył ścieżką, którą wskazało drzewo.

Wkrótce zobaczył niewielki drewniany dom, w połowie ukryty pod gęstą plątaniną pnączy. Podszedł powoli, niepewny, co go czeka.
Na progu siedział kot.
Wyglądał jak Puszek — a jednak nie całkiem. Studnia się nie myliła. Nie był tylko czarnobiały. Delikatna, migocząca poświata falowała na jego futrze, połyskując wszystkimi barwami tęczy. Jego oczy nie przypominały niczego z ziemskiego świata: były głębsze, starsze, cicho potężne. Nawet sylwetka kota wydawała się większa, bardziej obecna niż ta, którą chłopiec znał.
— Puszek! — zawołał chłopiec.
Kot uniósł głowę, obdarzył go krótkim spojrzeniem, ale nie zrobił ani kroku.
Z boku domu wyszła starsza kobieta, otrzepując rękawy z liści.
— Czy ty właśnie nazwałeś go Puszek? — zapytała, a w jej głosie zabrzmiało rozbawienie.
— Tak, proszę pani. To mój kot. Puszek — odparł chłopiec, nagle stając się czujny pod jej spojrzeniem.
— Ach, twój, tak? — powiedziała lekko. — I jesteś całkiem pewien, że tak ma na imię. Dobrze więc. Czemu nie zapytasz go, jak on sam siebie nazywa?
Chłopiec otworzył usta, ale kot odpowiedział pierwszy.
— I tak byś tego nie wymówił poprawnie.
Oczy chłopca rozszerzyły się. Miał wrażenie, że rozpoznaje swojego przyjaciela i jednocześnie, że nigdy go nie znał.
— Cóż… mógłbyś chociaż spróbować mi powiedzieć? — zapytał.
— Właśnie powiedziałem — mruknął kot, już znudzony.
— To jest twoje imię? I tak byś tego nie wymówił poprawnie?
— Jeśli potrafisz to wymówić poprawnie, to tak.
Chłopiec patrzył, oszołomiony.
— Ale… ja przecież to powiedziałem.
— Właśnie — odparł kot i odwrócił się, wyraźnie kończąc rozmowę.

Starsza kobieta spojrzała na chłopca z taką miękkością, że poczuł, jak opada z niego wszelkie napięcie.
— Wejdź. Zrobię ci herbaty.
Poszedł za nią do środka, wciąż oszołomiony rozmową z Puszkiem — a raczej z I tak byś tego nie wymówił poprawnie. Jego umysł próbował pomieścić obie prawdy naraz.
— Koty to niezwykłe stworzenia — powiedziała kobieta, rozpalając ogień pod czajnikiem. — Po prostu nie potrafią przestać być… osobliwe. On mnie często odwiedza, wiesz?
A więc tutaj przychodzi, kiedy znika na całe godziny, pomyślał chłopiec.
Czajnik zagrzmiał:
— Nie chcę się znowu gotować! Dopiero co ostygłem!
— Ciiii… — powiedziała kobieta łagodnie. — Mamy gościa.
— To niech wypije szklankę wody — burknął czajnik, ale zaczął się niechętnie nagrzewać.
Postawiła na małym drewnianym stole dwie filiżanki herbaty. Gdy usiadła, krzesło wypuściło długie, zmęczone westchnienie, lecz ona nie zwróciła na to najmniejszej uwagi. Chłopiec nie mógł przestać się dziwić; ona najwyraźniej nie widziała w tym nic niezwyczajnego.
Po chwili wahania zapytał:
— Czy mogę o coś zapytać, proszę pani? Puszek wpadł do studni, a ja potem spadłem w górę za nim. Czy mogłaby mi pani powiedzieć, gdzie jestem? I… dlaczego tu wszystko mówi?
— Jesteś tutaj — odparła rzeczowo.
— To samo powiedziała studnia — westchnął chłopiec. — Wiem, że jestem tutaj, ale… czym właściwie jest to miejsce?
Kobieta roześmiała się na głos.
— Och, ta stara zrzędliwa studnia! Ale tym razem nie była w błędzie. To miejsce naprawdę nazywa się TUTAJ. A dlaczego wszystko mówi? A czemu niby nie miałoby mówić? Wszystko, co żyje, musi się wyrażać.
Chłopiec skinął głową, ale wciąż czuł się zagubiony.
— W moim świecie tak nie jest. Przedmioty nie mówią. Tylko ludzie.
— Na pewno? — zapytała cicho.
W jego głowie zabrzmiał głos studni: Ludzie przybywają tu tacy ciężcy od oczekiwań… i zbyt pewni własnych wniosków.
Wpatrywał się w filiżankę, w parę unoszącą się ku górze i skrzącą delikatnymi barwami.
Nie był już tak pewien jak wcześniej.
Może po prostu nigdy nie słuchał.

Chłopiec rozejrzał się po drewnianych ścianach, spojrzał na stary piec i zioła suszące się nad nim.
— Podoba mi się Pani dom — powiedział i poczuł, jakby pokój stał się przytulniejszy.
Kobieta uśmiechnęła się.
— Mnie też — odparła, a powietrze zrobiło się odrobinę cieplejsze. — Choć nie nazwałabym go moim domem. Po prostu mieszkamy razem i dbamy o siebie nawzajem. Pomagam mu, kiedy robi się zagracony albo zaniedbany, a on daje mi przytulne schronienie. I tak, czasem się spieramy, ale bardzo się lubimy.
Dom zamruczał cicho na potwierdzenie.
— Skoro o domach mowa — dodała — robi się późno. Nie chcę cię tu trzymać za długo. Pewnie masz dom, który za tobą tęskni.
Chłopiec wstał i ruszył do drzwi, ale zatrzymał się, wahając.
— Nie wiem, jak wrócić do domu — przyznał. — A co, jeśli studnia mnie nie wpuści?
— Och, nie przejmuj się studnią — powiedziała, gdy wyszli na zewnątrz. Skrzący się kolorami kot wciąż siedział na progu. — Lubi narzekać, ale w gruncie rzeczy jest dobra. I tak byś tego nie wymówił poprawnie zaprowadzi cię z powrotem. Studnia go uwielbia.
Kot poruszył uchem, przyjmując ten komplement jak coś zupełnie oczywistego.
Chłopiec podziękował za herbatę i zanim się pożegnał, zapytał:
— Czy mogę tu wrócić? Czy studnia to jedyna droga?
— Jest wiele dróg, by trafić TUTAJ — odparła. — Ludzie przybywają, kiedy jakaś ich część jest gotowa. Jestem pewna, że znajdziesz drogę z powrotem.

I tak byś tego nie wymówił poprawnie poprowadził chłopca do studni. Niewiele rozmawiali po drodze; Puszek — jak się okazało — nie był szczególnie rozmowny.
Gdy dotarli na miejsce, kot otarł się o kamienny rant. Studnia rozbłysła mocniej, po czym dostrzegła chłopca.
— O nie. Znowu ty — mruknęła.
— Pani Studnio — powiedział uprzejmie chłopiec — czy mogę wrócić do domu?
— Wy, ludzie — westchnęła studnia. — Pełni ostrych krawędzi tam, gdzie powinny być zaoblenia…
— On jest ze mną — przerwał jej kot.
Studnia zamilkła i przyjrzała się chłopcu uważniej.
— Ciekawe — powiedziała wreszcie. — Rzeczywiście wydajesz się jakby nieco lżejszy. No dobrze. Tylko szybko.
Kot skoczył bez wahania. Chłopiec zawahał się tylko na moment, po czym podążył za kotem, zanim studnia zdążyła zmienić zdanie.
Spadali w dół — a potem w górę — i znów znaleźli się na znajomym podwórzu.

Chłopiec, szczęśliwy, że wrócił do domu, odwrócił się i zawołał radosne „dziękuję” w stronę studni. Spodziewał się burknięcia, ale ta studnia stała szara i milcząca.
Odwrócił się, by wejść do środka, i wtedy zobaczył Puszka idącego spokojnie w stronę boku domu. Chłopiec przysiągłby, że czubek kociego ogona zamigotał barwami, zanim zniknął za rogiem.
— Jestem tutaj — wyszeptał do siebie.
Leave a Comment