READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Starzec obudził się, gdy po niebie przemknęła spadająca gwiazda. Spojrzał w górę na nocne niebo, z echem snu wciąż ciepłym pod powiekami. Śnił o sadzie — zielonej, oddychającej przestrzeni wypełnionej drzewami przeróżnych gatunków, z liśćmi o różnych kolorach i kształtach. Wiatr szeleścił między gałęziami; trawa i mech miękkie pod jego stopami.
Wciągnął powoli powietrze, a przestrzeń wokół jakby się rozszerzyła. Z oddechem napłynął delikatny, obcy zapach, który nie należał do tego świata. Zatrzymał się, a wraz z tym pojawiło się nowe wspomnienie — chłonny, ziemisty aromat mchu ze snu.
Dotknął skroni. W powietrzu natychmiast zamigotała złota nić, rozwijając się z miejsca, którego dotknęły jego palce, i z gracją po kolei je oplatając. Gdy tkanie ustało, zebrał nić w niewielką świetlistą kulę i przyjrzał się jej uważnie. W jego źrenicach pojawiło się odbicie maleńkiego, lśniącego sadu. Ostrożnie wsunął świecącą kulę do kieszeni aksamitnej peleryny.
Wyruszył w podróż, by znaleźć dom dla swojego snu. Zamknął oczy i w ciągu kilku sekund rozbłysło przed nim tysiące galaktyk. Mijał miliony planet i gwiazd, lecz żadna nie była odpowiednia; żadna nie mówiła językiem sadu, który widział we śnie.
Otworzył oczy na krótką chwilę, poczuł delikatne pulsowanie snu w kieszeni, po czym znów je zamknął i ponownie dał się unieść kosmicznemu nurtowi. Tym razem podążał w jasno określonym kierunku. Przypomniał sobie planetę, którą kiedyś odwiedził — tę, która mogła wreszcie pasować.
Gdy ponownie otworzył oczy, stał na jałowej ziemi pustej planety. Nic nie przypominało sadu z jego snu. Noc otulała go z każdej strony, a pulsowanie w kieszeni narastało, jakby sen pragnął wydostać się na wolność.
Wyjął go ostrożnie. Sen drżał w jego dłoni, promieniując łagodnym ciepłem, które przesuwało się po jego palcach. Starzec pochylił się lekko i położył kulę na ziemi. Złote nici natychmiast wsiąkły w glebę, splatając się z nią i rozchodząc na wszystkie strony. Sen zaczął wszywać się w strukturę świata.
Surowy krajobraz zaczął zmieniać się w mgnieniu oka. Twarda ziemia miękła; spomiędzy niej przebijały się drobne źdźbła trawy i powoli rozrastały, muskając planetę pierwszym odcieniem zieleni. Drzewa rodziły się dłużej. Ich kształty zbierały się z ciemności, pień po pniu, aż w końcu sen stał się całością.
Starzec stał w sadzie dokładnie takim, jak we śnie. A jednak czegoś brakowało — jakiejś jakości, której nie potrafił nazwać. W świetle gwiazd sad był piękny, lecz nieruchomy, jak zatrzymany w jednym, nieporuszonym momencie. Drzewa spały.
Usiadł pod jednym z nich i słuchał. Drzewa śniły o cieple, o świetle przesuwającym się po liściach, o soku płynącym pod korą, o życiu rozciągającym ich gałęzie. Śniły o kwiatach, o pszczołach i ptakach, o małych stworzeniach, które wiły schronienia pomiędzy gałęziami. Echo ich snów osiadło w nim. Siedział pod drzewem godzinami i czekał.
W końcu na horyzoncie pojawiła się delikatna poświata pomarańczy i czerwieni. Słońce powoli uniosło się ponad ciemne niebo, muskało je kolorem. Starzec siedział w ciszy i obserwował narodziny świtu.
Gdy światło rosło, poczuł, jak sad się budzi. Trawy wyciągały się ku niemu; gałęzie wydłużały, jakby wypuszczały długo wstrzymywany oddech.
Po pewnym czasie usłyszał śpiew ptaków. Dźwięk ten powiedział mu, że to już nie był tylko jego sen. Rozejrzał się. Sad żył — i już zaczynał tkać własne sny.
Delikatne łaskotanie musnęło jego dłoń. Małe stworzenie, uważne i ciekawskie, wędrowało po bruzdach na jego skórze. Starzec uniósł rękę ku najbliższemu pniowi i pozwolił mrówce wejść na korę, oddając ją jej nowemu światu. Patrzył, jak powoli się wspina. Zrozumiał, że nawet to maleńkie życie będzie śniło własne sny — a te sny ukształtują to, co nadejdzie.
Wstał i ruszył przez sad, teraz pełen cichej aktywności: pszczoły unosiły się z kwiatu na kwiat, ptaki wiły gniazda wysoko w koronach drzew. Gałęzie zaczynały dźwigać owoce — jedne jeszcze dojrzewały, inne były pełne i gotowe stać się nowym życiem.
Dotknął jednego z nich, czerwono-żółtego, a owoc od razu odszedł od gałęzi. Gdy spoczął na jego dłoni, zaczął jarzyć się łagodnym, złotawym światłem, podobnym do tego, którym emanował jego sen. Przyjrzał mu się. W jego ciepłym pulsie drzemało wspomnienie sadu — cały świat zamknięty w jednym owocu.
Poczuł życie ukryte w środku. Wsuwając owoc do kieszeni, zamknął oczy.
Leave a reply to Il Frutteto Dove Nacque l’Aurora – Un pizzico di follia Cancel reply