READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Była na wakacjach w pięknym, niemal magicznym miasteczku nad brzegiem oceanu. Od chwili przyjazdu towarzyszyło jej dziwne wrażenie, jakby znała to miejsce bardzo dobrze, jakby już kiedyś tu była. Stare uliczki, brukowane kocimi łbami, wygładzonymi przez niezliczone stopy, które przemierzały je przez stulecia, zdawały się pamiętać każdy krok. Podniszczone ornamenty i gargulce na fasadach budynków szeptały historie dawnych czasów — historie bólu i straty, ale też radości i świętowania.
Zostawała do późna na nogach, wędrując nocą po labiryncie starego miasta, pozwalając, by przytłumione światło oliwnych latarni prowadziło jej kroki i budziło wspomnienia, o których istnieniu nie miała pojęcia. W dziwny sposób każdej nocy odkrywała nowe ścieżki. Czasem miała wrażenie, że miasteczko cicho się rozrasta, wymyślając nowe uliczki i zaułki tylko po to, by zaspokoić jej ciekawość.
Tamtego wieczoru, kiedy szła jedną z wąskich ulic, kątem oka dostrzegła migotanie lamp, jakby zapraszały ją, by skręciła w lewo w przejście, którego wcześniej nie zauważyła. Podążyła za tym impulsem, by po chwili zobaczyć kolejny zakręt, wzywający ją tym samym figlarnym drżeniem światła. Skręciła jeszcze raz.
Uliczka była pusta. Szła powoli, podziwiając ciszę i piękno starych budynków wznoszących się po obu stronach. Księżyc był w pełni, wysoko nad jej głową, i zdawał się łagodnie konkurować z przygaszonym blaskiem latarni.
Kiedy tak szła, usłyszała bardzo cichy dźwięk. Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że to muzyka dochodząca skądś przed nią. Podążyła za dźwiękiem, a melodia z każdym krokiem stawała się coraz wyraźniejsza i silniejsza.
W końcu dotarła do miejsca, z którego dobiegał dźwięk. Muzyka sączyła się z wąskiego zaułka po lewej stronie. Jak zaczarowana, weszła w niego, przyciągnięta melodią i miękkim światłem, które majaczyło w oddali. Przeszła przez wąskie przejście, wychodząc na niewielki plac targowy po jego drugiej stronie.
W chwili, gdy tylko weszła na plac, muzyka ucichła.
Znów otoczyła ją zupełna cisza.
Rozejrzała się.
Wokół całego placu stały stragany, ustawione w równym kręgu, jakby czekały na odwiedzających. Co dziwne, nigdzie nie było sprzedawców. Stoiska pełne były najróżniejszych przedmiotów, starannie ułożonych, a jednak nie było nikogo, kto by ich doglądał. Sprawiały wrażenie opuszczonych, lecz nie zaniedbanych — jakby ich właściciele odeszli tylko na chwilę.
Szła powoli wokół placu, przyglądając się przedmiotom rozłożonym na straganach: starannie ułożonym zeszytom, różnym instrumentom — skrzypcom, gitarom, trąbkom, bębnom — a także mniejszym, jak trójkąty, harmonijki, flety, nawet batucie dyrygenckiej. Po chwili dostrzegła rzędy małych i większych fiolek, każdą o innym kształcie i barwie, których szkło migotało w bladym świetle księżyca.
Poczuła silną pokusę, by wziąć coś do ręki, ale zawahała się, czując lekki niepokój na myśl o dotykaniu tych rzeczy, skoro nigdzie nie było sprzedawców. Jeszcze raz obeszła plac, jakby spodziewała się, że ktoś się pojawi, lecz nic się nie poruszyło. Wszystko trwało w ciszy i bezruchu, jakby czekało, aż to ona zrobi pierwszy krok.
W końcu sięgnęła po jeden z zeszytów. Był oprawiony w miękką, brązową skórę, a jego okładka była gładka i ciepła pod jej palcami. Otworzyła go powoli.
Zanim zdążyła przyjrzeć się stronom, usłyszała delikatny początek fortepianowej melodii. Zaskoczona opuściła wzrok i zobaczyła na kartce misterną sieć ręcznie zapisanych nut. Zdawały się niemal żywe, jakby lekko tańczyły na papierze przed jej oczami.
Stała nieruchomo, słuchając z zachwytem.
Po chwili zamknęła zeszyt.
Muzyka ucichła.
Otworzyła go na innej stronie. Melodia wróciła, jakby nigdy nie umilkła.
Odłożyła zeszyt i sięgnęła po skrzypce. Gdy tylko jej palce dotknęły strun, powietrze wypełnił piękny, lekko tęskny dźwięk. Chłonęła go, czysty i żywy, jakby stała w samym sercu koncertu. Melodia była tak słodka i poruszająca, że z trudem odłożyła instrument. Słuchała długo, zanim w końcu położyła go z powrotem na straganie.
Potem wzięła do ręki batutę. Podniosła ją ostrożnie, lecz w tej samej chwili batuta jakby ożyła. Jej ręka uniosła się lekko, jak prowadzona niewidzialną siłą, jakby stała przed orkiestrą czekającą na jej znak.
Muzyka zaczęła się od mocnego akordu.
Jeden instrument dołączał do drugiego, aż powietrze wypełnił pełny, bogaty dźwięk całej orkiestry grającej w doskonałej harmonii. Trzymała batutę niemal nieruchomo, bojąc się, że najmniejszy ruch mógłby zakłócić tę idealną równowagę. Nie rozumiała, co się dzieje. Jak to możliwe, że ta mała batuta potrafi stworzyć coś tak potężnego, tak złożonego, tak prawdziwego?
Ciekawa, co wydarzy się dalej, skierowała wzrok na rzędy fiolek. Były różnej wielkości i barwy, każda wypełniona migoczącym płynem, który w bladym świetle księżyca połyskiwał jak drobne kawałki szkła. Sięgnęła po zieloną. Przez chwilę nic się nie wydarzyło.
Przyjrzała się jej uważnie, zastanawiając się, czy to jakiś zapach albo olejek. Powoli wyjęła mały korek.
W tej samej chwili powietrze wypełnił śpiew ptaków.
Na moment miała wrażenie, że jest gdzieś daleko, w zielonym sadzie o poranku. Radosne ćwierkanie otaczało ją ze wszystkich stron, tak prawdziwe, że niemal spodziewała się zobaczyć nad sobą poruszające się gałęzie. Śpiew trwał, jasny, pełen życia.
Zamknęła fiolkę i sięgnęła po fioletową. W powietrzu rozbrzmiał miękki kobiecy głos. Otworzyła następną, potem kolejną. Za każdym razem słyszała inną pieśń. Niektóre głosy były kobiece, inne męskie, jedne śpiewały w językach, których nie znała, inne tylko nuciły ciche melodie. Każda niosła inną historię, poruszając inne struny w jej sercu. Jedne pieśni były radosne, inne pełne nadziei, jeszcze inne przepełnione tęsknotą.
W końcu jej uwagę przyciągnęła mała pomarańczowa fiolka.
Otworzyła ją ostrożnie.
Rozległ się dojrzały kobiecy głos.
Melodia wydała jej się dziwnie znajoma. Zmarszczyła lekko brwi, wsłuchując się uważniej. W drugiej zwrotce do śpiewu dołączył głos dziewczynki i obie śpiewały razem, jakby zawsze należały do jednej melodii.
— To niemożliwe… — szepnęła, a jej ręka zadrżała.
Znała tę pieśń.
Znała oba głosy.
Starszy należał do jej babci.
Dziecięcy był jej własny.
Wspomnienia napłynęły nagle, tak wyraźne, że plac wokół niej jakby rozpłynął się w powietrzu. Zobaczyła małą kuchnię, popołudniowe światło, babcię uśmiechającą się, gdy śpiewały razem.
Łzy napłynęły jej do oczu, zanim zdążyła je powstrzymać.
Łzy radości i tęsknoty za tamtą bezpieczną, spokojną chwilą, która przez cały czas gdzieś w niej trwała. Trzymała fiolkę mocno w dłoniach, bojąc się poruszyć, jakby każdy ruch mógł sprawić, że dźwięk zniknie.
Nie chciała, żeby ta chwila się skończyła.
Usiadła na zimnej kamiennej posadzce, trzymając fiolkę przy sercu i słuchając pieśni raz po raz. Czasem śpiewała razem z nią, a jej dorosły głos splatał się z dwoma głosami z przeszłości, jakby czas wcale nie minął.
Nie czuła już potrzeby sięgać po inne fiolki ani instrumenty. Wszystkie wydawały piękne dźwięki, lecz ta mała pomarańczowa buteleczka niosła coś innego — coś, co należało tylko do niej.
W jej wnętrzu zaczęło budzić się ciche zrozumienie.
Nagle wiedziała, dlaczego to miasteczko wydawało jej się tak znajome, dlaczego każda nocna wędrówka prowadziła ją coraz głębiej w jego uliczki, dlaczego migoczące lampy zaprowadziły ją właśnie tutaj.
Znalazła coś, czego nie szukała, a co być może od dawna na nią czekało.
Zapomniana pieśń chciała znów zostać usłyszana.
Chciała przywrócić ciepło, bezpieczeństwo i miłość, które nigdy naprawdę nie zniknęły, lecz tylko ucichły.
Słuchała, aż noc zaczęła łagodnie blednąć, powoli rozpływając się w pierwszej, jeszcze niewidocznej poświacie świtu. Słońca nie było jeszcze widać, lecz powietrze już się zmieniło. Cisza nie była już ciszą nocy, lecz ciszą poranka, który miał za chwilę nadejść.
Ścisnęła fiolkę mocniej, przyciskając ją do piersi, jakby mogła zatrzymać pieśń na zawsze. Lecz szkło zaczęło wydawać się dziwnie lekkie w jej dłoniach.
Podniosła głowę.
Targ znikał.
Stragany, plac, wąskie zaułki — wszystko stawało się przezroczyste, rozpływając się razem z nocą.
Zabrakło jej tchu. Spojrzała na fiolkę.
Ona także traciła kształt, kolor powoli znikał, aż w jej dłoniach została tylko ledwie widoczna smuga.
— Och nie… — wyszeptała, zaciskając palce, jakby chciała ją zatrzymać.
Lecz szkło wymknęło się jak mgła.
Po chwili nie było w jej rękach nic.
Rozejrzała się.
Stała w wąskiej uliczce, latarnie już nie migotały, a miasto budziło się w pierwszych promieniach wschodzącego słońca.
Podniosła wzrok i spojrzała w kamienną twarz gargulca, który spoglądał z rogu starego budynku. Od razu go rozpoznała. Stała dokładnie w tym samym miejscu, w którym po raz pierwszy usłyszała muzykę.
Spojrzała na swoje puste dłonie, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. Fiolka zniknęła. Pieśń zniknęła. Nie słyszała już głosu babci.
Przez chwilę poczuła w sobie dziwną pustkę.
A jednak pod tą pustką było coś jeszcze.
Ciche, ciepłe poczucie pełni, jakby coś, co uważała za utracone, znalazło do niej drogę. Wspomnienie wciąż tam było. Pieśń wciąż tam była. Nie potrzebowała już fiolki. Teraz należała do niej.
Wzięła głęboki oddech, odwróciła się i ruszyła wąskimi uliczkami w stronę miejsca, w którym mieszkała.
Idąc, zauważyła, że cicho nuci.
To była ta sama pieśń.
Wschodzące słońce miało ten sam ciepły kolor, co pomarańczowa fiolka.
Leave a reply to Anonymous Cancel reply