READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Była cieniem. Żyła tylko tam, gdzie istniało światło, a jednak światło nigdy jej nie dotykało. Świat rozlewał się wokół niej barwą i życiem, lecz ona nie potrafiła naprawdę w niego wejść. Próbowała dogonić kolory, próbowała ich doświadczyć, lecz ilekroć wyciągała ku nim ręce, w jej dłoniach traciły nasycenie.
Gdy światło znikało, zapadała w głęboki sen, z którego mógł ją obudzić jedynie jego powrót. A kiedy spała, śniła w kolorach. Śniła o fakturze, o smaku, o dotyku. Nie rozumiała tych snów, a jednak wydawały się jej bardziej prawdziwe niż świat, który znała — tak żywe, jakby były niemal możliwe, a jednak na zawsze poza jej zasięgiem.
W tych snach była inna — jej skóra miała kolor, jej ciało nabierało kształtu i głębi — mogła czuć zapach powietrza, kiedy je wdychała, mogła poczuć wiatr na skórze. Czuła ciężar, jej ruchy miały gęstość i wagę — coś, czego nigdy wcześniej nie znała, bo zawsze unosiła się lekko, niemal płynąc w powietrzu.
Śniła o słońcu — podnosiła wzrok ku niebu, lecz za każdym razem kończyło się to oślepieniem. Zasłaniała oczy dłonią i jedyne, co widziała, to promienie światła sączące się pomiędzy palcami.
Pewnego razu obudziła się w lekkiej mżawce, gdy słońce tańczyło na najdrobniejszych kroplach deszczu. Rozejrzała się i zobaczyła tęczę — piękny most utkany z kolorów, barwną wstęgę rozpiętą na niebie. Jej spojrzenie powędrowało wzdłuż niej, od jednego końca zawieszonego wysoko w powietrzu, aż po drugi, gdzie dotykała ścieżki przed nią. Nie pamiętała, by kiedykolwiek widziała coś podobnego — miejsce, z którego rodzi się tęcza.
Nie zastanawiając się, jak porwana wiatrem, pobiegła w jej stronę. Im była bliżej, tym bardziej tęcza zdawała się oddalać, a jej kolory bledły. Nie zatrzymała się. Biegła dalej, jakby od tego zależało jej istnienie.
W końcu ją dogoniła. Otaczały ją maleńkie, półprzezroczyste krople koloru, zawieszone w powietrzu wokół niej. Rozłożyła ramiona i zaczęła wirować. A kiedy tańczyła, dostrzegła kogoś — albo coś — co poruszało się razem z nią. W świetle przesuwała się postać, otoczona delikatną poświatą.
To była dziewczyna.
Za każdym razem, gdy się poruszała, dziewczyna robiła to samo. Gdy się obracała, ona obracała się razem z nią. Gdy wyrzucała ręce w górę, dziewczyna powtarzała ten gest.
Kim była? Czy to ją widziała w swoich snach? Czy narodziła się pod tęczą?
Od tamtego dnia widywała tę dziwną dziewczynę — zawsze podążającą za jej ruchami. Czasami zastanawiała się, która z nich jest prawdziwa… ta w świetle czy ta, która nie może istnieć bez niego.
Leave a reply to L’ombra da cui nacque la ragazza – Un pizzico di follia Cancel reply