READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Był chłodny listopadowy poranek, świat gotowy do zimowego snu. Drzewa, ogołocone z liści, gromadziły siły na kolejną eksplozję wiosny, wciąż oddaloną o kilka miesięcy. Wyruszyłam na jeden ze swoich spacerów — przez Las Lisiej Kity, wzdłuż Kłamliwego Bagna i wszystkich dobrze znanych ścieżek. Potem poszłam dalej — w nieznane, wystarczająco daleko, tam gdzie nikt nigdy nie dociera. Tajemnicza, magiczna obecność lasu otuliła mnie; drzewa obserwowały, cicho próbując zrozumieć, kim jestem i dlaczego tu przyszłam. Czasami mam wrażenie, że drzewa wiedzą o mnie więcej, niż ja sama.
Prowadziło mnie nieznane oczekiwanie, delikatne mrowienie tajemnicy pod skórą. Szłam dalej, gdy las stawał się coraz gęstszy, nie podążając już żadną ścieżką — po prostu błądząc, zagubiona, a jednocześnie dokładnie tam, gdzie powinnam być. Miękka, cierpliwa magia lasu wprowadziła mnie w stan niemal transu, w którym nie wiedziałam już, czy to ja idę przez las, czy las tańczy wokół mnie.
W oddali zobaczyłam wielkie, pradawne drzewo. Jego magnetyczna obecność przyciągnęła mnie bliżej. Zatrzymałam się przed nim, czując się mała, a jednocześnie ważna — jak przed starym, mądrym nauczycielem, wobec którego odczuwa się pokorę wobec własnej niewiedzy, a jednocześnie przeczucie odkrywania własnego potencjału. Miałam wrażenie, że drzewo mnie bada, jego gałęzie rozciągnięte nad moją głową, wyczuwające moją obecność jak zwierzę obwąchujące nieznajomego.
Poczułam potrzebę dotknięcia kory, naznaczonej głębokimi, wyżłobionymi czasem liniami. Powierzchnia pod dłonią była szorstka, a jednak płynęło z niej łagodne ciepło. Uspokajająca energia przepłynęła przez moją rękę, wypełniając całe ciało. Dłoń pozostała przyklejona do kory; stałam tak, rozpływając się w uczuciu błogości. Wszystko we mnie się rozpuściło. Nie miałam przeszłości ani przyszłości. Istniałam tylko w tej jednej, magicznej chwili.
Ciepło pod moją dłonią narastało. Otworzyłam oczy i zauważyłam pęknięcie formujące się w korze, tuż pod ręką. Przez szczelinę przenikały ciepłe, złote promienie światła. Cofnęłam dłoń i patrzyłam z zachwytem, jak pęknięcie się rozszerza, aż zaczęło przypominać bramę. Poczułam silne przyciąganie i, nie zastanawiając się, przeszłam przez szczelinę, wchodząc do wnętrza drzewa. Świetlista brama zamknęła się za mną.
Znalazłam się na niewielkiej leśnej polanie, porośniętej świeżą, zieloną trawą i ozdobionej drobnymi kwiatami, wystawiającymi swoje delikatne twarze ku słońcu. Nic nie przypominało chłodnego listopadowego poranka, od którego zaczęła się moja wędrówka. Przyroda była zielona i bujna. Zrobiłam kilka kroków naprzód. Wszystko było ciepłe i gościnne — trawa niosła mnie miękko, jakby moje stopy były cennymi skarbami, przekazywanymi delikatnie z jednego źdźbła na drugie.
Dotarłam do skraju drzew. Krzewy pochylały się ku mnie, muskając mnie liśćmi, gdy przechodziłam obok. Bluszcz wił się elegancko, niczym kot czekający na pieszczoty. Ptaki flirtowały z gałęziami, przeskakując z jednej na drugą, obdarzając każdą nawet najkrótszą obecnością.
Rozglądając się, dostrzegłam kobiecą postać powoli idącą w moją stronę spomiędzy drzew. Zamarłam, oczarowana jej promienną obecnością. Jej brązowe włosy były luźno upięte, z wplecionymi w nie drobnymi gałązkami tworzącymi ptasie gniazda. Ptaki pojawiały się i znikały wokół jej głowy, wlatując i wylatując ze swoich delikatnych domów. Jej suknia, zielono-brązowa, miejscami porośnięta była mchem.
Trudno było określić jej wiek — wydawała się jednocześnie młoda i bardzo stara. Czasem jej skóra przypominała korę drzewa, lecz gdy dotykało jej światło, lśniła, przejrzysta i jasna jak tafla jeziora. Stała przede mną, a jedyną rzeczą, którą widziałam, były jej oczy — w kolorze najgłębszej zieleni.
W jej oczach zobaczyłam pradawne lasy, góry i doliny, rzeki i morza, słońce i deszcz, szybujące orły i wędrujące wilki, pszczoły i mrówki. Przenikały mnie odczucia: szok wejścia do lodowatego strumienia, radość szczekania bawiącego się psa, miękki spokój kociego mruczenia, znajoma przyjemność przesuwania dłoni po futrze, wilgotna, ugruntowująca faktura ziemi, chłodny dotyk deszczu na skórze. Podniosła rękę i uśmiechnęła się łagodnie — i wszystko ucichło. Otoczyła nas spokojna cisza.
Przemówiła bez słów:
Należysz do tego miejsca.
Dotykaj drzew.
Mów do wody.
Słucham. Zawsze.
Możesz wrócić w każdej chwili.
Twoje serce jest bramą.
Przez chwilę jeszcze trwała w moim spojrzeniu, jej zielone oczy głębokie jak pradawny las. Bez dźwięku, bez wiatru, jej postać zmiękła — i nagle nie była już kobietą. W miejscu, gdzie stała, na krótko uniosła się chmura zielonych liści, które, opadając, przybierały jesienne barwy, zanim lekki podmuch wiatru uniósł je dalej.
W następnej chwili, jakby czar prysł, znów byłam w chłodnym listopadowym lesie, stojąc obok starego drzewa. Nie potrafiłam w pełni pojąć, co się wydarzyło, lecz łagodna, spokojna cisza pozostała ze mną.
Zapadał zmrok, gdy wracałam do domu. Nie wiem, w jaki sposób udało mi się tak łatwo odnaleźć drogę. Czułam, jakby drzewa dokładnie wiedziały, gdzie jestem i dokąd mam iść.
Później wiele razy próbowałam odnaleźć to wielkie, stare drzewo — bez skutku. Być może nigdy nie istniało. A może mogą je znaleźć jedynie ci, którzy pozwolą sobie zabłądzić. Słowa, które usłyszałam w magicznym lesie, pozostały ze mną — Twoje serce jest bramą — i teraz, gdy zamykam oczy, mogę znów wejść do tej bujnej, zielonej krainy, pozwalając moim stopom zapuścić korzenie, ramionom stać się gałęziami, a sercu rozkwitnąć tysiącami kwiatów.
I tak noszę las w sobie, czekający na kolejną chwilę, w której zechcę otworzyć bramę.
Leave a Comment