READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Spędził życie w podróży, kolekcjonując miejsca tak, jak niektórzy kolekcjonują książki. Po wielu latach przemierzania kontynentów, spotkań z tysiącami ludzi oraz poznawania niezliczonych kultur i języków usiadł, by zaplanować swoją następną wyprawę.
Położył dłoń na starym globusie i lekko wprawił go w ruch. Kontynenty rozmyły się w oceanach, aż świat stał się jedynie wirującymi pod jego palcami barwami. Przez chwilę obserwował jego obrót, po czym wyciągnął rękę i zatrzymał go jednym palcem. Trafił na miejsce, które już kiedyś odwiedził. Zakręcił globusem ponownie. Tym razem jego palec zatrzymał się pośrodku oceanu.
Pozwolił światu obracać się jeszcze raz i pogrążył się w zadumie. Widział tak wiele, spotkał tak wielu ludzi. Pozostała jednak jedna rzecz, której nigdy nie odnalazł: prawdziwa dzicz. Miejsce nietknięte przez człowieka, gdzie natura pozostaje czysta i żywa. Miejsce, w którym można poczuć, jakby cywilizacje nigdy nie powstały.
Szukając go, wielokrotnie pytał innych podróżników o radę. Niemal wszyscy wskazywali ten sam kierunek: Amazonię. Przemierzył Amazonię, spodziewając się ciszy, lecz znalazł drogi przecinające las niczym świeże blizny. Gdzieś w oddali odgłos pił łańcuchowych zagłuszał śpiew ptaków.
Jego przyjaciele, miłośnicy gór, zachęcali go do odwiedzenia Himalajów. Wspinał się po Himalajach, oczekując nieskażonych szczytów, lecz odkrył szlaki wspinaczkowe oznaczone tablicami wskazującymi drogę na wierzchołek.
Pewien żeglarz polecił mu jedną z nielicznych odległych niezamieszkanych wysp. Bezkresna woda. Długie, puste plaże. Świeże powietrze. A na brzegu śmieci wyrzucone przez ocean, jakby próbował oczyścić samego siebie.
Dokądkolwiek się udał, wszędzie były drony, kamery i turyści. Zdawało się, że nie pozostał już ani jeden zakątek Ziemi, którego nie dotknęły ludzkie ręce.
Pogrążył się w głębokiej refleksji. Pewna myśl od lat cicho za nim podążała, a teraz w końcu domagała się jego uwagi. Czy samo to poszukiwanie nie było paradoksem? Czy miejsce nietknięte przez człowieka nie przestałoby być nietknięte w chwili, gdyby sam do niego dotarł?
Uświadomił sobie, że stoi przed niemożliwym dylematem: Jeśli je odnajdę, utracę je. Jeśli go nie odnajdę, nigdy nie będę wiedział, czy naprawdę istnieje.
Być może dzicz wcale nie była miejscem. Być może od samego początku zadawał niewłaściwe pytanie.
Myśli te nie zaspokoiły jego pragnienia odpowiedzi. Ciekawość nie dawała mu spokoju. Jeszcze raz zakręcił starym globusem. Tym razem jego palec zatrzymał się na głębi syberyjskiej puszczy.
“Dobrze” pomyślał. “To moja ostatnia wyprawa, zanim przyznam się do porażki.”

Mijały dni, aż zniknęły wszelkie ślady wiosek: żadnych ścieżek, żadnych ściętych drzew, żadnego odległego warkotu silników. Las gęstniał wokół niego, aż powietrze wypełniał jedynie zapach mchu i starej kory. Nawet cisza była tutaj inna. Nie pusta, lecz pełna, tak jak pełny jest oddech zatrzymany w piersi.
Po raz pierwszy od wielu lat pozwolił sobie uwierzyć. To było to.
Wtedy, gdzieś przy jednym z drzew, dostrzegł coś błyszczącego. Ruszył w tamtym kierunku i, gdy podszedł bliżej, zobaczył zgniecioną metalową puszkę odbijającą promienie słońca sączące się przez gałęzie starych drzew.
Westchnął z rozpaczą. Świadomość, że jego poszukiwania zakończyły się niepowodzeniem, spłynęła na niego, odbierając siłę nogom. Oparł się o pień drzewa i pozwolił ciału osunąć się na ziemię.
Siedział w ciszy z opuszczoną głową, obok starej puszki. Pokonany. Już niczego nie szukał. Niczego nie planował. Nie pozostało nic do osiągnięcia.
Pękła gałązka.
Podniósł wzrok. Kilka metrów dalej stała sarna, przyglądając się skulonej postaci pod drzewem.
Żadne z nich się nie poruszyło. Las żył swoim rytmem, jakby obecność któregokolwiek z nich nie miała większego znaczenia. Ptaki nadal śpiewały. Liście łagodnie kołysały się na wietrze. Być może po raz pierwszy nie oczekiwał już, że świat będzie przed nim cokolwiek odgrywał. Po raz pierwszy był po prostu jednym ze stworzeń tego lasu.
Nie był już podróżnikiem. Nie było dokąd podróżować.
Nie był już kolekcjonerem miejsc. Nie było czego kolekcjonować.
Nie był już odkrywcą. Nic nie wymagało odkrycia.
Nie był ani zwycięzcą, ani przegranym.
Nie był nawet kimś, kto szuka ostatniego dzikiego miejsca.
Oddychał. Patrzył. Był obserwowany. Żywy. Dziki.
Sarna opuściła głowę i spokojnie ruszyła dalej w głąb lasu. Po chwili i on ruszył dalej.
Leave a Comment