READ THIS STORY IN: 🇬🇧 EN, 🇭🇷 HR, 🇮🇹 IT

Była ciemna, bezksiężycowa noc. Las nocą wydawał się nieruchomy i cichy, lecz tak naprawdę nigdy nie spał. Szelest w krzewach. Pohukiwanie sowy. Las zawsze czuwał.
Mężczyzna stał nieruchomo, bojąc się poruszyć, by nie zrobić najmniejszego hałasu. Przez kilka minut słyszał jedynie bicie własnego serca. Wydawało mu się tak głośne, że bał się, iż zdradzi lasowi jego obecność. Próbował wstrzymać oddech, ale wiedział, że musi iść dalej.
W oddali migotało słabe światło, delikatnie sączące się między drzewami. Początkowo uznał je za kolejną sztuczkę ciemności. Jednak gdy podszedł bliżej, spomiędzy pradawnych pni zaczął powoli wyłaniać się zarys niewielkiego kamiennego domu.
Znów się zatrzymał. Jakaś część niego chciała jak najszybciej dotrzeć do domu i zostawić mrok lasu za sobą. Pozostała nie była pewna, co czeka go w środku.
Zrobił kolejny krok.
Po raz kolejny ogarnęło go niepokojące wrażenie, że ktoś go obserwuje.
Przeszukał wzrokiem ciemność między drzewami.
Nic.
Nagle, po lewej stronie, na skraju lasu, dostrzegł zarys czarnego kota. Siedział nieruchomo niczym posąg, niemal niewidoczny na tle ciemności, i w milczeniu mu się przyglądał. Kot patrzył na niego spokojnie i nie odwracał wzroku. Mężczyznę przeszedł dreszcz.
Podszedł do drewnianych drzwi i stanął twarzą w twarz z kolejną parą oczu. Z żelaznej kołatki spoglądała na niego wykrzywiona twarz Zielonego Człowieka. Przez chwilę się wahał, zanim położył na niej dłoń. Potem trzy głośne uderzenia przerwały nocną ciszę.
Drzwi się otworzyły.
– Jesteś za wcześnie – powiedziała stara kobieta bez cienia uśmiechu.
– Nie wiem, dlaczego tu jestem – odparł mężczyzna.
Spodziewał się, że widok drugiego człowieka przyniesie mu ulgę. Nie przyniósł. Kobieta po prostu patrzyła na niego. Gdzieś za jej plecami migotały świece. Cisza trwała tak długo, że zaczął się zastanawiać, czy w ogóle go usłyszała.
– Nikt nigdy nie wie – odpowiedziała w końcu i otworzyła drzwi szerzej, wpuszczając go do środka.
Drzwi zamknęły się za nim cicho. Poszedł za nią do kuchni. Pomieszczenie otuliło ich jednocześnie ciepłem świec i wilgotnym, ziemistym chłodem starych kamiennych ścian. W powietrzu unosił się delikatny zapach palonego drewna i suszonej lawendy. Siedem świec płonęło miękkim światłem, rzucając długie cienie tańczące na odsłoniętych drewnianych belkach.
Kobieta w milczeniu wskazała jedno z krzeseł przy ciężkim drewnianym stole.
Usiadł.
Nie mówiąc ani słowa, postawiła czajnik na ogniu. Żadne z nich się nie odzywało. Czas zdawał się rozciągać. Minęło pięć minut? Dziesięć? Zauważył, że w całym pomieszczeniu nie było ani jednego zegara.
Jedynym dźwiękiem było ciche trzaskanie ognia. Czajnik westchnął lekko, gdy woda zaczęła się powoli nagrzewać. Mężczyzna potrzebował odpowiedzi. Każda kolejna sekunda stawała się coraz trudniejsza do zniesienia. W końcu nie wytrzymał.
– Kim pani jest?
Kobieta spojrzała na niego i zignorowała pytanie. Przez chwilę wytrzymała jego wzrok, po czym odwróciła się z powrotem ku ogniowi. Siedział bezradnie, rozglądając się po izbie, nie wiedząc, czego właściwie się od niego oczekuje.
Woda się zagotowała. Kobieta zaparzyła herbatę i postawiła przed nim filiżankę.
– Napij się. Na pewno chce ci się pić.
Nagle zalała go fala zmęczenia. Napięcie, które prowadziło go przez cały las, powoli rozpłynęło się w obecności pierwszej tej nocy zwyczajnej rzeczy: zwykłej filiżanki herbaty.
Upił łyk. Była cudownie ciepła. Smakowała miodem, cytryną i goździkami. Coś w nim cicho przestało stawiać opór. Po prostu siedział. Już nie niespokojny. Już nie domagający się odpowiedzi. Pogodzony z tym, że być może nigdy ich nie otrzyma.
Przez myśl przemknęło mu ciche: *Dlaczego tu jestem?* Nie wypowiedział jednak tych słów.
– Jesteś tutaj, żeby coś otrzymać – powiedziała spokojnie kobieta.
Zmarszczył brwi.
– Nie wiem, co to jest – dodała, zanim zdążył zapytać.
Mówiła z taką prostotą, że jej uwierzył. Między nimi znów zapadła cisza.
Jedna ze świec stojących w oknie zaczęła migotać wyraźniej niż pozostałe, jakby domagała się ich uwagi. Kobieta wzięła ją do ręki i postawiła na stole. Płomień natychmiast się uspokoił i zaczął palić się równym, mocnym światłem.
Kobieta wstała i bez słowa wyszła z kuchni.
Po chwili wróciła, niosąc dużą księgę oprawioną w skórę, ozdobioną złoceniami na okładce i grzbiecie. Ostrożnie położyła ją na stole między sobą a mężczyzną.
Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, lecz niepokój, który na chwilę go opuścił, powrócił i słowa zamarły, zanim zdążyły wybrzmieć.
Kobieta spojrzała na niego tylko przez moment, po czym przeniosła wzrok na płomień świecy. Światło zdawało się przybierać na sile. Spojrzała na księgę. On podążył za jej wzrokiem i zobaczył coś zdumiewającego.
Spomiędzy dwóch stron, mniej więcej pośrodku księgi, sączyła się cienka smuga złotego światła, jakby sama księga cicho wskazywała jedno jedyne miejsce.
Kobieta otworzyła księgę, przez chwilę patrzyła na stronę, a potem podała ją mężczyźnie.
Na kartce widniało tylko jedno zdanie. Odręczne litery głosiły: *Przepraszam, że nigdy nie powiedziałam ci, że cię kocham.*
Oczy mężczyzny napełniły się łzami. Przez długi czas żadne z nich się nie odezwało. Po chwili spojrzał na świecę stojącą na stole. Dopaliła się.
Kobieta sięgnęła po księgę i stanowczym ruchem ją zamknęła.
– Powinieneś już iść – powiedziała, wstając.
Ze słowami wciąż dźwięczącymi mu w głowie podniósł się i ruszył za nią do starych drewnianych drzwi. Otworzyła je. Kiedy wychodził, czarny kot cicho minął go w progu i wszedł do domu.
Mężczyzna wziął głęboki oddech, spoglądając na blady świt, który zaczynał rozjaśniać horyzont.
Ruszył w głąb lasu. Gdzieś za jego plecami pojedyncze pukanie poniosło się echem między drzewami.
Leave a Comment